sobota, 1 grudnia 2012

Recenzji część I - warszawska Restauracja L'arc

Kiedy szukałam warszawskiej restauracji, do której mogłabym zabrać mojego małża aby osłodzić mu świętowanie ostatniej dwójki z przodu, założyłam kilka surowych kryteriów: ma być francusko, pysznie i z klasą. Przeszukawszy internet wzdłuż i wszerz stwierdziłam, że jedynym najsłuszniejszym wyborem będzie Restauracja L'arc na Puławskiej.

Zacznijmy może od wyglądu. Wnętrze urządzone jest z klasą, a jednocześnie skromnie i bardzo po francusku. Dominuje kolorystyka biało - niebieska z czarnymi dodatkami. Spory napis "Saveurs de la France" upewnia nas co do klimatu miejsca, a stylowy fortepian zapewne umila czasem wieczory. Niestety my nie trafiliśmy na dzień koncertu, ale też było miło. Z głośników płynęła francuska klasyka, a rozrywki dostarczały nam homary i ostrygi z homarium, koło którego usiedliśmy. Miłym dodatkiem są też liczne butelki wina, które dopełniają atmosfery.


Homara można tam zjeść, a jakże, ale nasz budżet tym razem nie był jeszcze aż tak wysoki. Zdecydowaliśmy się na duo ostryg na przystawkę, polędwicę wołową ze szparagami i sufletem (nasze podejrzenie padło na bataty, aczkolwiek informacji w menu nie było), a na deser klasyka klasyki: crème brûlée. Co do ostryg, były one wyłowione przy nas i przyrządzone na dwa sposoby: jedna była zapieczona serem gruyère, a druga podana z krewetkami i też zapieczona. Byłam pewna, że ta z krewetkami zasmakuje mi mniej, więc od niej zaczęłam. W jakimż byłam błędzie! Ta druga smakowała mi całkiem przyzwoicie, ale krewetkowa została mistrzynią wieczoru.

Danie główne mi smakowało, ale nie powalało (jadłam już lepiej podany stek), ale jubilat był wniebowzięty. Jednak trzeba cesarzowi oddać co cesarskie: oba steki były przyrządzone idealnie. Mój krwisty był rzeczywiście krwisty, ale ciepły w środku, tak jak trzeba. Mąż zażyczył sobie medium i takiego dostał. Natomiast sos, z którym zostało podane mięso według mnie nie zdał egzaminu.

Co do deseru, był bezbłędny. Nie mam słów. Niech jedynym komentarzem będzie to, że czułam się tak:
Warto wspomnieć jeszcze o czymś bardzo ważnym: obsłudze kelnerskiej. Być może jestem mało obyta w świecie, mało bywam, ale takiej obsługi nie doświadczyłam jeszcze nigdy w życiu. Pan Kelner był tak kulturalny, pomocny i wyważony w tym, jak nam doradzał i podawał jedzenie, że trudno było tego nie docenić. Warto tam pójść choćby dla niego :-)

Ogólnie wrażenia mieliśmy bardzo pozytywne. Miejsce jest ciepłe i jedzenie smakuje tam wyjątkowo. I chociaż z ulicy wygląda niepozornie, warto tam zajrzeć chociaż raz. My na pewno tam jeszcze wrócimy.

P.S. Fotografia restauracji pochodzi z jej fan page'a na facebooku, ponieważ uważam, że robienie zdjęć w takich miejscach (a już na pewno fotografowanie talerza z jedzeniem) jest nie na miejscu.

sobota, 1 września 2012

Krem dyniowy z rogalikami z kozim serem

Dy dyniowej akcji zaprosiła mnie Beata, za co bardzo jej dziękuję, bo zmobilizowała mnie do zajrzenia na pobliski bazarek  i radosny zakup dyni, który został głośno skomentowany przez panów przejeżdżających ciężarówką obok mnie tachającej warzywo: "Może pomóc pani nieść tego arbuza?!" :) Z propozycji nie skorzystałam, ale mnie rozbawiła :)

Przechodząc do meritum: przepis pochodzi od koleżanki mojej mamy, a ja dołożyłam do niego pyszne rogaliki z kozim serem i tymiankiem.

Składniki kremu:
  • pół dyni
  • łyżka masła
  • mała śmietana 18%
  • sól, pieprz, gałka muszkatołowa
  • 2 ząbki czosnku
  • wędzony łosoś
  • pestki z dyni
Rogaliki:
  • 1 ciasto francuskie
  • łyżka masła
  • 1 ząbek czosnku
  • tymianek
  • ser kozi
  • 1 jajko

Dynię obrałam i pokroiłam na kawałki, wrzuciłam do garnka podlewając odrobiną wody i dodając łyżkę masła, dusiłam w ten sposób aż zmiękła. Całość zblendowałam, doprawiając do smaku solą, pieprzem i gałką (której, w przeciwieństwie do dwóch pozostałych przypraw, nie powinni być za dużo), dodałam przeciśnięte przez praskę dwa ząbki czosnku. Całość zabieliłam śmietaną i wymieszałam. Podałam posypane pestkami i nałożywszy na wierzch garść pokrojonego w paseczki wędzonego łososia.

Co do rogalików, z ciasta wycięłam trójkąty. Wyciśnięty czosnek dodałam do masła i takim czosnkowym masełkiem posmarowałam moje trójkąty, które następnie posypałam tymiankiem. Przy szerszym zakończeniu trójkątów położyłam po łyżeczce koziego sera (można nawet ciut mniej) i, zaczynając właśnie od tego brzegu, zawinęłam rogaliki.Posmarowałam je jajkiem i wstawiłam na 20 minut do nagrzanego na 200 stopni piekarnika.

Pyszności!

Przepis dodaję do akcji "Dynia" :)

piątek, 31 sierpnia 2012

Tarte Normande aux Pommes, czyli Custard Apple Tart wg. Julii Child

Kiedy jakiś czas temu po raz pierwszy, drugi i kolejny oglądałam cudowny film "Julie i Julia" nie miałam pojęcia kim tak naprawdę w moim życiu będzie jedna z tych pań. A jednak okazało się, że gotowanie stało się nieodłączną częścią mojego życia i niewymowną przyjemnością, chwilą relaksu i błogości w tym zabieganym świecie. I takie też było podejście Julii. Gotowanie powinno być sztuką i przyjemnością, sprawiać nam radość. Rzeczywiście, jej klasyczna tarta z jabłkami po normandzku sprawiła mi olbrzymią radość i z chęcią podzielę się z Wami efektami mojej przygody z Julią Child. Dla przypomnienia przepis po angielsku, pochodzący z nieśmiertelnej "Mastering the Art of French Cooking" i przełożenie na polski i "na nasze" wszelkich niezbędnych wytycznych.

Pâte brisée sucrée
[Sweet Short Paste]
Proportions for 1 cup flour




  • 1 cup (3 ½ ounces) sifted all-purpose flour
  • A mixing bowl
  • 1 Tb granulated sugar
  • 1/8 tsp salt
  • 5 ½ Tb fat: 4 Tb chilled butter and 1 ½ Tb chilled vegetable shortening
  • 2 ½ to 3 Tb cold water
Place the flour in the bowl, mix in the sugar and salt, then proceed to make the dough and mold the shell.

Tarte Normande aux Pommes
[Custard apple tart – to be served hot]
While this creamy apple tart may be eaten cold, it is at its best when hot or warm. It can be reheated.
For 6 people
  • An 8-inch partially baked pastry shell.
Preheat oven to 375 degrees.
  • 1 lb. crisp cooking or eating apples
  • 1/3 cup granulated sugar
  • ½ tsp cinnamon
Quarter, core and peel the apples. Cut into 1/8-inch lengthwise slices. You should have about 3 cups. Toss them in a bowl with the sugar and cinnamon, then arrange them in the pastry shell. Bake in upper third of preheated oven for about 20 minutes, or until they start to color and are almost tender. Remove from oven and let cool while preparing the custard.
  • 1 egg
  • 1/3 cup granulated sugar
  • ¼ cup sifted flour
  • ½ cup whipping cream
  • 3 Tb Calvados (apple brandy) or cognac
Beat the egg and sugar together in a mixing bowl until mixture is thick, pale yellow and falls back on itself forming a slowly dissolving ribbon. Beat in the flour, then the cream, and finally the brandy. Pour the mixture over the apples. It should come almost to the top of the pastry shell.
  • Powdered sugar in a shaker
Return to oven for 10 minutes, or until cream begins to puff. Sprinkle heavily with powdered sugar and return to oven for 15 to 20 minutes more. Tart is done when top has browned and a needle or knife plunged into the custard comes out clean.

Podwoiłam składniki, w związku z czym potrzebne mi było:
Ciasto:
  • 2 szklanki mąki
  • 2 łyżki cukru
  • ¼ łyżeczki soli
  • 8 łyżek zimnego masła
  • 3 łyżki oleju
  •  5-6 łyżek zimnej wody
Jabłka:
  • 1 kg jabłek (akurat dostałam od teściowej z działki :)
  • 1/2 szklanki cukru
  • 1 łyżeczka cynamonu
Custard:
  • 2 jajka
  • 2/3 szklanki cukru
  • ½ szklanki mąki
  • 200 ml śmietany kremówki (30 %)
  • 6 łyżek albo Cognac


Ciasto zagniotłam aż było gładkie i plastyczne, wyłożyłam nim blachę, łącznie z bokami. Tutaj mój brak doświadczenia za każdym razem mnie dopada i nie bardzo wiem jak zrobić, żeby te boki w pieczeniu nie opadły? Może ktoś mi pomoże i na przyszłość już będę wiedziała :)

Nakłułam ciasto widelcem i włożyłam do nagrzanego na 180 stopni piekarnika na 20 minut. Po tym czasie wyjęłam ciasto i lekko je przestudziłam.

Jabłka obrałam, pokroiłam na ćwiartki i wykroiłam gniazda nasienne (a w zasadzie zrobił to mój dzielny Rogalik :), pokroiłam na 2-3 milimetrowe plasterki, wymieszałam z cukrem i cynamonem i ułożyłam na cieście, po czym piekłam przez następne 20 minut.

Wyjęłam ciasto z piekarnika, postawiłam (jak zwykle na balkonie ;) żeby ostygło, robiąc w tym czasie bajeczne wykończenie tarty, czyli custard. Zmiksowałam jajka z cukrem aż stały się jasno żółte, dodałam mąkę, ponownie zmiksowałam, potem tak samo ze śmietaną i cognakiem. 

Ze względu na wspomniane opadnięte boki ;) nie wylałam na tartę całości, tylko jakieś 2/3, ale patrząc na efekty i smak końcowy, spokojnie mogłam wylać całość, bo jest to nieziemskie zwieńczenie tego dzieła, które cudownie się zapieka i jeszcze lepiej smakuje.

Wstawiłam tartę na 10 minut do piekarnika, po czym, według przepisu (w końcu mistrzyni się nie poprawia) na chwilę wyjęłam (parząc obie ręce, ale Julia była tego warta!), posypałam cukrem pudrem i wstawiłam jeszcze na 15 minut. Spokojnie mogło zostać jeszcze o 5 minut dłużej, ale i tak efekt końcowy, na ciepło z lodami, po prostu nas powalił i mruczeliśmy jedząc ten pyszny deser.
Et voilà!



Rzutem na taśmę załapuję się na durszlakową akcję, więc załączam baner i dołączam do niej mój przepis.

niedziela, 19 sierpnia 2012

Farfalle ze szpinakiem i serami

Mam przyjemność podzielić się dziś z Wami przepisem na moje autorskie danie, które było również pierwszym, które na samym początku zaserwowałam mojemu przyszłemu mężowi (ponieważ wtedy jeszcze było jedynym, które umiałam zrobić), można więc powiedzieć, że z jednej strony powiedzenie "przez żołądek do serca" się sprawdziło, a z drugiej chyba w jakiś sposób jest to afrodyzjak :) W każdym razie danie to podbiło serce mojego Rogalika i do dzisiaj jada(my) je z rozrzewnieniem.



Składniki:
  • opakowanie mrożonego szpinaku (no chyba, że ktoś ma ochotę na świeży, ale w ten sposób jeszcze nie próbowałam)
  • 1 ser camembert lub brie
  • 2/3 trójkąta sera typu blue
  • 1 ząbek czosnku (opcjonalnie, ale zalecam)
  • szczypta soli, szczypta pieprzu
  • parmezan do posypania (opcjonalnie)
  • makaron farfalle
Szpinak rozmrażamy na patelni aż całkowicie się rozpadnie, dodajemy do niego przeciśnięty przez praskę ząbek czosnku, mieszamy. Kiedy cały szpinak nabierze miękkości obieramy camembert lub brie ze skórki i jego miękki środek wrzucamy w kawałkach do szpinaku, mieszając aż się rozpuści. Tak samo kroimy na kawałki serek blue i również dorzucamy tak, aby się rozpuścił. Tak naprawdę ilość i proporcja serów zależy od upodobań. Ja lubię, żeby było ich na tyle dużo, żeby praktycznie zabieliły szpinak. Dodajemy soli i pieprzu do smaku.

W międzyczasie gotujemy farfalle. Wykładamy je do miseczek, na to sos szpinakowo - serowy, można też posypać parmezanem. Uwaga, bo danie jest bardzo sycące, więc nie należy przesadzić z ilością makaronu.

Smacznego! :)

czwartek, 16 sierpnia 2012

Babcine jabłkowe przetwory

Tak się ostatnio dzieje, że każda wizyta na działce u rodziny obfituje u mnie nowymi pomysłami na przetwory. Przy ostatniej dostałam całą skrzynkę antonówek zerwanych osobiście przez niekoniecznie szczęśliwego z tego faktu Rogalika ;), więc postanowiłam zrobić wszystko, żeby w zimowe wieczory wynagrodzić mu ten wysiłek pyszną szarlotką albo innym jabłkowym przysmakiem.

Skrzynkę obrobiłam na dwa razy, bo niestety na jedno podejście zabrakło mi i siły, i garnka, i słoików ;)

Przepis według babcinej rady brzmiał tak: Jabłka należy obrać, pokroić na ćwiartki i wykroić gniazda nasienne (najgorsza część). Na dno garnka nalać sporą szklankę wody i wrzucić obrane jabłka. Moje doświadczenie z pierwszego podejścia, kiedy to minimalnie przypaliłam jabłka i dno garnka zbrązowiało i trzeba je było solidnie odmoczyć pokazuje, że jabłka lepiej wrzucać partiami w 10-15 minutowych odstępach, a całość podgrzewać na bardzo wolnym ogniu (który u mnie oznaczał poziom 2 na płycie indukcyjnej) do momentu, aż jabłuszka się rozpadną i powstanie z nich mus, w którym będą pływać nieliczne pozostałe kawałki jabłek. Całość należy co jakiś czas zamieszać, chociaż ja i za drugim razem nie do końca uniknęłam zbrązowienia dna - ale stało się to w o wiele mniejszym stopniu niż poprzednio. Pod koniec do jabłek należy wsypać sporą ilość cukru (kiedy nieśmiało zapytałam babci, ile to łyżek wychodzi w odpowiedzi usłyszałam: Łyżek?! Dziecko, toż to w szklankach trzeba!) i tak na 4-litrowy garnek wsypałam półtorej bardzo dużej szklanki, co się pewnie przelicza na 2-3 takie normalne.

Gorącą zawartość przełożyć do słoików, mocno je zakręcić (tu przydaje się męska siła) i postawić do góry dnami aż do wystygnięcia.

Z całej skrzynki wyszło mi w sumie 8 dużych słoików jabłek, co mnie niezmiernie cieszy :)

Poniżej efekty pierwszej tury:


Przepis dodaję do durszlakowej akcji "Co do słoika?".



środa, 15 sierpnia 2012

Ulubione ekspresowe spaghetti mojego męża

Dzisiaj podzielę się z Wami bardzo prostym przepisem na szybkie spaghetti, które zawsze cieszy się uznaniem Rogalika, no chyba, że, tak jak ostatnio, ciut za dużo je przypieprzę ;) Ale zdradzę Wam, że nawet wtedy zjada się je ze smakiem. Poniżej opisana porcja starcza na obiad dla dwóch osób (które lubią dużo zjeść) na dwa dni. Najbardziej lubię drugi dzień, kiedy po powrocie do domu nic nie muszę robić, tylko ugotować makaron i podgrzać sos :)



Składniki:
  • 500 gram mielonego mięsa (najlepiej do tej pory smakowało mi wołowe, ale to kwestia gustu)
  • 1 spora cebula
  • 2 - 3 pomidory i/lub koncentrat pomidorowy i/lub pomidory z puszki
  • 200 - 300 gram pieczarek (opcjonalnie)
  • 2 sosy do spaghetti Pudliszki
  • sól, pieprz, bazylia, oregano, zioła prowansalskie
  • świeża bazylia i świeży tymianek
  • oliwa z oliwek
  • ser żółty do starcia i parmezan
  • makaron do spaghetti

Cebulę pokroić w kostkę i zeszklić na odrobinie oliwy z oliwek. Jeżeli macie ochotę dodać pieczarki, to jest to dobry moment na pokrojenie ich w kostkę i dorzucenie do cebuli.
Do zeszklonej cebuli (i pieczarek) dorzucić mięso i smażyć mieszając wszystko razem tak, aby mięso było jak najdrobniejsze. Dodać soli i pieprzu do smaku. Po podsmażeniu całości dodać 2 sosy Pudliszek.

Pomidory sparzyć, pokroić w dość duże kawałki i dorzucić do sosu, dusić wszystko razem tak, żeby się elegancko rozpadły :) Ewentualnie dorzucić pomidory w puszce (razem z sosem) i/lub koncentrat pomidorowy. Całość jeszcze poddusić, odparować ewentualną wodę. Doprawić przyprawami, świeżą bazylię i tymianek drobniutko posiekać i też dorzucić.

Makaron ugotować z odrobiną soli i oliwy z oliwek. Podając posypać wszystko startym serem i parmezanem.

Voila :)

A dzisiaj na śniadanko mieliśmy takie oto cudeńko, które zrobiłam z przepisu Trusskawkowej. Przy okazji przetestuję je jeszcze z moimi modyfikacjami i opiszę przepis ze szczegółami.


poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Sałatka Cezar z gościnnym występem Crostini

Mam przyjemność przedstawić Wam dzisiaj przepis na sałatkę Cezar, od której oczy mojego Rogalika po prostu rozbłysły, kiedy po raz pierwszy jej spróbował. Następny jej sukces odnotowałam, kiedy w sekundę znikła na parapetówce, a goście prosili o przepis. W takim razie niniejszym go upubliczniam. Sukces leży tak naprawdę w dwóch rzeczach: sposobie przygotowania mięsa i sosie.

Składniki:
  • duża podwójna pierś z kurczaka
  • zioła prowansalskie
  • 1 - 2 ząbki czosnku
  • 2/3 sałaty lodowej
  • pomidory, najlepiej koktajlowe
  • boczek (ja kupuje taki w podwójnym opakowaniu z Lidla, już pokrojony w kostkę)
  • starty parmezan
  • grzanki
Sos:
  • 6 łyżek majonezu
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • 2 łyżki octu balsamicznego
  • 1- 2 łyżki soku z cytryny
  • 2 ząbki czosnku
  • duża szczypta mielonego pieprzu
Piersi z kurczaka obsypujemy z obu stron ziołami prowansalskimi i wcieramy w nie przeciśnięte przez praskę 1 - 2 ząbki czosnku. Mogą, ale nie muszą w tym trochę poleżeć. Tak czy inaczej smaczek wychodzi super :) Mięsko kładziemy na kratce do nagrzanego na 200 stopni i ustawionego na opcję grill piekarnika na 20 minut. Uwaga: będzie kapać, więc najlepiej podłożyć pod spód blachę lub jakieś naczynie. Tak przyrządzone mięso pozostawiamy do ostygnięcia.

W międzyczasie na rozgrzaną patelnię wrzucamy boczek w ilości połowy takiego podwójnego opakowania. Smażymy go mieszając od czasu do czasu przez jakieś 15 - 20 minut, aż się zarumieni i aż wytopi mu się tłuszczyk. Zdejmujemy go z patelni osuszając tłuszczyk papierowym ręcznikiem i tez zostawiamy do wystygnięcia.

Sałatę rwiemy zapełniając nią salaterkę do połowy. Pomidorki koktajlowe kroimy na połówki i układamy w jedną warstwę na sałatę. Na pomidorki wrzucamy boczek, a na niego układamy pokrojoną w podłużne, 2-centymetrowe paski pierś. Mieszamy składniki sosu i wykładamy go na mięsko, całość posypujemy sporą ilością parmezanu i grzanek.

Ja tym razem podałam mojego Cezara w towarzystwie kurkowych crostini z przepisu Beaty, które smakowały nieziemsko! Można je sobie schrupać w ramach przystawki albo razem z sałatką. Tylko wtedy najlepiej byłoby chyba nie dodawać do niej grzanek. W każdym razie - niebo w gębie! :)



Zdjęcia wyszły dosyć marnie, bo był już wieczór, ale mam nadzieję, że choć trochę oddają wygląd i smak.

Smacznego!

niedziela, 12 sierpnia 2012

Prosty przepis na ogórki małosolne jak u babci

Od dawna chciałam zrobić ogórki małosolne, które po pewnym czasie rzecz jasna staną się kiszonymi :) Rozglądałam się za ogórkami jak tylko się pojawiły, ale jakoś nie miałam okazji konkretnie się wziąć za ten temat. Aż w końcu zwyczajnie dostałam w spontanicznym prezencie zarówno ogórki, jak i koper i liście chrzanu. Dokupiłam do nich czosnek, 5-litrowy słój (którego najpierw szukałam w Ikei, gdzie mieli tylko takie po 1,8 litra i w Carrefourze, gdzie mieli takie 2-litrowe, aż w końcu ten jedyny dorwałam w Tesco) i wzięłam się do tego według wszelkich udzielonych mi i znalezionych w internecie wskazówek.

W słoiku zmieściły się akurat trzy piętra ustawionych pionowo i bardzo ścisło ogórków. Nie wiem dokładnie ile ich było, ale obstawiam, że ok. 1,5 - 2 kg. Pod i nad każdym z nich kładłam po 2-3 liście chrzanowe (które, jak powiedziała babcia, sprawiają, że ogórki są twarde jak kamyczki), gałązkę kopru i po 3-4 ząbki czosnku (co dało jakieś półtorej główki na całość). Całość zalałam zagotowaną, trochę przestudzoną wodą, osoloną w stosunku 1 łyżka soli na 1 litr wody, wierzch przykryłam jeszcze dwoma liśćmi i zakręciłam. Efekt wyglądał i wygląda tak:


Mój tata powiedział, że są naczosnkowane jak u babci, co chyba dobrze o nich świadczy :) Ja sama mogę tylko nieskromnie powiedzieć, że jak na debiut wyszły całkiem nieźle, a gdybym wcześniej wiedziała, że robi się je tak łatwo, to z moich rąk wyszłoby już o wiele więcej takich słoików. W każdym razie już nigdy więcej nie kupię takich gotowych!

Smacznego :)

sobota, 11 sierpnia 2012

Tarta z borówkami amerykańskimi

Jako że sezon na borówki w pełni (bo ten na jagody niestety przegapiłam...), a u teściowej na działce krzaki aż się od nich uginają, oraz ze względu na to, że zbliżały się moje urodziny, postanowiłam skorzystać ze sprawdzonego już kiedyś przepisu Beaty (przy okazji tarty cytrynowej) na kruche ciasto i zrobiłam do pracy dwie: jedną, z serkiem mascarpone i malinami i drugą, inspirowaną tym przepisem, ale z tym kremem, który co prawda wyszedł mi jak twarożek, ale i tak wszyscy się zajadali ;)

Zachęcona zachwytami koleżanek i kolegów z pracy, na domowe świętowanie też zdecydowałam się przygotować tartę. Tym razem do tematu podeszłam tak:

Ciasto, to sprawdzone:
  • półtorej szklanki mąki
  • jedno żółtko
  • niepełna łyżeczka soli
  • kopiasta łyżeczka cukru pudru
  • 190 g (niepełna kostka) masła
  • łyżeczka mleka

Ugniata się je całkiem łatwo, aczkolwiek dość mocno klei się do rąk, więc ja czasem podsypuję je jeszcze trochę mąką. Następnie formuję z niego kulkę, którą też trochę oprószam, wrzucam ją do torebki i na pół godziny - 40 minut do lodówki.

Następnie, po wyłożeniu nim formy, przykryłam je papierem do pieczenia i grochem, i włożyłam na 20 minut do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni. Następne 20 minut piekłam w tej samej temperaturze już bez grochu i papieru. Bardzo ładnie się zarumieniło i było kruchutkie, aż się rozpadało (chociaż może nie powinno?...).

Ostudzone ciasto posmarowałam dżemem jagodowym, który kupiłam w... Ikei. Świetnie smakuje i ma w sobie prawdziwe, całe jagody! Z czystym sumieniem moge go wszystkim polecić. Ketchup z Ikei zresztą też jest świetny, tak swoją drogą ;)

Na warstwę dżemu delikatnie, żeby z nim nie wymieszać,  wyłożyłam krem z serka mascarpone, który składał się z:
  • 2 serków mascarpone
  • opakowania cukru waniliowego Delecta, 32 g
  • kopiastej łyżki cukru
To wszystko utarłam razem w misce dość porządnie i pozwoliłam, żeby nabrało trochę temperatury pokojowej - wtedy lepiej się to rozprowadza.

Na serek rozrzuciłam borówki, a całość przed podaniem posypałam cukrem pudrem. Całość prezentowała się tak:



Zarówno moim rodzicom, jak i Rogalikowi bardzo smakowało, więc z czystym sumieniem polecam ją wszystkim, którzy tak jak ja spóźnili się na jagody.

P.S. W ramach rozszerzania horyzontów oglądaliśmy sobie wczoraj któryś z kuchennych kanałów i odkryliśmy dzięki temu super stronę z przepisami, Good Food Channel. Przepisy z kuchni indyjskiej aż się same proszą! Jeżeli też znacie takie strony, to dajcie znać, z chęcią się zapoznam :)

piątek, 10 sierpnia 2012

No to zaczynamy

Przed 28 kwietnia 2012 moje życie wyglądało całkiem normalnie: Wychodziłam z domu, wracałam, jadłam, kładłam się spać. Co jadłam? Ano to, co postawiła przede mną mama. Za bardzo nie wnikałam. I nagle, kiedy życie postawiło przede mną sytuację, w której codziennie po pracy muszę zadbać nie tylko o to, co sama jem, ale także o to, co jada szanowny małżonek (zwany dalej Rogalikiem), a także o to, co od czasu do czasu jadają nasi goście, życie nabrało nowego smaku. Poczułam się jak spuszczona z kulinarnej smyczy. Otworzyłam moje książki z francuskimi i włoskimi przepisami, odkryłam niezliczoną ilość kulinarnych blogów (w tym moją ukochaną Kuchnię w zieleni) i zaczęłam testować. Ze zdumieniem odkryłam, że całkiem przyzwoicie mi to wychodzi, Rogalik chwali, znajomi chwalą, więc chyba coś w tym jest. :) Oczywiście nie uniknęłam porażek, a jakże. Zupie cebulowej dostało się za dużo oliwy i za mało cebuli, w związku z czym wylądowała w klopiku, przeceniłam również świeżość masła z własnej lodówki i tempo spalania się białej czekolady w rozgrzanym garnku (mimo że wiedziałam, że należy jej urządzić wodną kąpiel - ale leniwy dwa razy traci, czy jakoś tak), tak że ciasto też niestety poszło out. Ale jako iż póki co zwycięstw odnotowuję więcej niż porażek, postanowiłam założyć takiego oto bloga, na którym raz na jakiś czas postaram się wrzucić zrealizowane przepisy wraz z mniej lub bardziej udanymi zdjęciami. Zapraszam do śledzenia.

Listonic

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...