sobota, 1 grudnia 2012

Recenzji część I - warszawska Restauracja L'arc

Kiedy szukałam warszawskiej restauracji, do której mogłabym zabrać mojego małża aby osłodzić mu świętowanie ostatniej dwójki z przodu, założyłam kilka surowych kryteriów: ma być francusko, pysznie i z klasą. Przeszukawszy internet wzdłuż i wszerz stwierdziłam, że jedynym najsłuszniejszym wyborem będzie Restauracja L'arc na Puławskiej.

Zacznijmy może od wyglądu. Wnętrze urządzone jest z klasą, a jednocześnie skromnie i bardzo po francusku. Dominuje kolorystyka biało - niebieska z czarnymi dodatkami. Spory napis "Saveurs de la France" upewnia nas co do klimatu miejsca, a stylowy fortepian zapewne umila czasem wieczory. Niestety my nie trafiliśmy na dzień koncertu, ale też było miło. Z głośników płynęła francuska klasyka, a rozrywki dostarczały nam homary i ostrygi z homarium, koło którego usiedliśmy. Miłym dodatkiem są też liczne butelki wina, które dopełniają atmosfery.


Homara można tam zjeść, a jakże, ale nasz budżet tym razem nie był jeszcze aż tak wysoki. Zdecydowaliśmy się na duo ostryg na przystawkę, polędwicę wołową ze szparagami i sufletem (nasze podejrzenie padło na bataty, aczkolwiek informacji w menu nie było), a na deser klasyka klasyki: crème brûlée. Co do ostryg, były one wyłowione przy nas i przyrządzone na dwa sposoby: jedna była zapieczona serem gruyère, a druga podana z krewetkami i też zapieczona. Byłam pewna, że ta z krewetkami zasmakuje mi mniej, więc od niej zaczęłam. W jakimż byłam błędzie! Ta druga smakowała mi całkiem przyzwoicie, ale krewetkowa została mistrzynią wieczoru.

Danie główne mi smakowało, ale nie powalało (jadłam już lepiej podany stek), ale jubilat był wniebowzięty. Jednak trzeba cesarzowi oddać co cesarskie: oba steki były przyrządzone idealnie. Mój krwisty był rzeczywiście krwisty, ale ciepły w środku, tak jak trzeba. Mąż zażyczył sobie medium i takiego dostał. Natomiast sos, z którym zostało podane mięso według mnie nie zdał egzaminu.

Co do deseru, był bezbłędny. Nie mam słów. Niech jedynym komentarzem będzie to, że czułam się tak:
Warto wspomnieć jeszcze o czymś bardzo ważnym: obsłudze kelnerskiej. Być może jestem mało obyta w świecie, mało bywam, ale takiej obsługi nie doświadczyłam jeszcze nigdy w życiu. Pan Kelner był tak kulturalny, pomocny i wyważony w tym, jak nam doradzał i podawał jedzenie, że trudno było tego nie docenić. Warto tam pójść choćby dla niego :-)

Ogólnie wrażenia mieliśmy bardzo pozytywne. Miejsce jest ciepłe i jedzenie smakuje tam wyjątkowo. I chociaż z ulicy wygląda niepozornie, warto tam zajrzeć chociaż raz. My na pewno tam jeszcze wrócimy.

P.S. Fotografia restauracji pochodzi z jej fan page'a na facebooku, ponieważ uważam, że robienie zdjęć w takich miejscach (a już na pewno fotografowanie talerza z jedzeniem) jest nie na miejscu.

Listonic

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...